Rumunia – nie szukaj tu Drakuli! Pathfinder – przystanek nr 2

Kraj z którego pochodzi książę Wlad Palownik – protoplasta popkulturowego Drakuli jest z pewnością jednym z ciekawszych w Europie. Coraz chętniej zaglądają tam zwykli turyści, choćby w poszukiwaniu śladów najsłynniejszego wampira lub żeby zobaczyć zabytkowe miasta i zamki. Nas do Rumunii ciągnęło coś innego – piękne, ale bez tłumów turystów karpackie pasma Gór Rodniańskich i Fogaraskich.

 

Góry w Rumunii kilkukrotnie utarły nam nosa... Pierwszy raz w Górach Rodniańskich, kiedy po kilku godzinach wspinaczki, szukania, znajdowani i gubienia szlaku, na wyciągnięcie ręki mieliśmy upragniony grzbiet i ścieżkę, dopadła nas ulewa. Szczęściem w nieszczęściu było to, że znaleźliśmy pasterską ścieżkę, za wydeptanie której odpowiedzialne były głównie owce. Ewakuowaliśmy się nią w doliny, ale jedyną kamerą jaką wtedy wyciągnęliśmy z pokrowców było GoPro. Innym razem – już w Górach Fogarskich – trafiliśmy na szlak, który był tak rzadko uczęszczany, że ścieżka którą spodziewaliśmy się tam znaleźć  po prostu nie istniała, a jedynym zejściem z „wiszącej dolinki” był stromo opadający żleb. W końcu z pomocą znowu przyszły nam owce...  Wydeptaną przez nich ścieżką zjechaliśmy przez pola kosówki i przepiękną dolinę górskiej rzeki do cywilizacji. Takie wpadki, czasem do uniknięcia, czasem bez naszego wpływu, po prostu się zdarzają i wlicza się je w koszty eksploracji.

Poza „przygodami” mieliśmy też okazję konkretnie pojeździć. W Górach Rodniańskich i w niższych partiach Gór Fogaraskich odnaleźliśmy szybkie, ale pełne atrakcji ścieżki. Za to w najwyższych partiach Gór Fogaraskich walczyliśmy ze stromiznami, ciasnymi nawrotami i głazami.

W tym ostatnim paśmie, które jest najwyższym w Rumunii ze szczytami przekraczającymi 2,5 tys m n.p.m., główny grzbiet bardzo rzadko wyłaniał się spod czapy chmur i to najczęściej w nocy lub wcześnie rano. W schronisku Bâlea Lac położonym na wysokości około 2 tys m n.p.m. wyczekiwaliśmy na okno pogodowe by móc zobaczyć góry w pełnej krasie. Mieliśmy swoje 5 minut i je wykorzystaliśmy. Udało nam się wspiąć na główny, grzbiet o 6 rano, a chwilę potem przez góry zaczęły przewalać się się chmury. Cienka na kilkanaście, kilkadziesiąt metrów warstwa mgieł przelewała się z jednej doliny do drugiej ponad naszymi głowami ogromną prędkością. Temperatura, mimo środka lata, wynosiła ledwie 3 stopnie Celsjusza. Czasami wiatr rozwiewał otaczającą nas rozświetloną słońcem biel mgły tak, że znajdowaliśmy się tuż ponad chmurami. Wtedy następowało najlepsze – mogliśmy zobaczyć własne cienie na chmurach poniżej, otoczone tęczową aureolą. To tak zwane widmo brokenu – rzadkie zjawisko, z którym od lat XX ubiegłego wieku wiąże się pewien przesąd funkcjonujący wśród polskich wspinaczy. Mówi on, że kto zobaczy pierwszy raz widmo brokenu nie powinien mieć do śmiechu, bo czeka go śmierć w górach. Zły urok odczynia dopiero trzykrotne podziwianie swojego cienia na chmurach... Nie pozostaje nam nic innego, jak częstsze wypady w góry żeby zaliczyć widmo co najmniej trzy razy.

Jedną z najbardziej charakterystycznych cech gór w Rumunii jest mocno rozwinięte pasterstwo. Stada owiec spotykaliśmy niemal wszędzie, w każdej dolinie. Transport serów z najbardziej niedostępnych miejsc odbywa się dzięki osłom, które karkołomne ścieżki pokonują wyjątkowo sprawnie. Dzięki pasterstwu mogliśmy odkryć kilka fajnych ścieżek, a co rano w schronisku nad jeziorem  Bâlea Lac zajadaliśmy się pysznymi serami, ale ma ono też ciemną stronę dla enduro eksploratorów. Stad pilnują psy, których czasami jest kilkanaście. Jeśli ścieżka biegnie w pobliżu pasących się owiec może to oznaczać poważne problemy. Jedynie w miejscach, gdzie turysta nie jest rzadkim widokiem psy są przyzwyczajone do obcych i nie przejmują się ich obecnością. W sytuacji kryzysowej należy zachować spokój i udawać, że wcale nie boimy się pożarcia. Koniec końców psy zawsze odpuszczały przywoływane do porządku przez pasterzy.

Jeśli mowa o górach w Rumunii nie sposób nie wspomnieć o Drodze Transfogarskiej, która przecina Góry Fogaraskie z północy na południe. To z pewnością jedna z najpiękniejszych górskich szos na świecie – łagodnie poprowadzona przez niesamowicie eksponowany teren. Jakby mimochodem wspina się w miejsca, gdzie nie spodziewałbyś się spotkać nawet kozicy, a na koniec przebija się tunelem pod głównym grzbietem.  Została zresztą doskonale sfilmowana przez ekipę Top Gear, z Jareme Clarcsonem wykrzykującym zachwyty na jej temat, który bokiem pokonuje zakręty w szybkim sportowym wozie. Dla nas – mimo że poruszaliśmy się tylko busem – również miała duże znaczenie, głównie praktyczne. Dzięki niej łatwo mogliśmy dostać się do serca gór i przemieszczać z jednej strony pasma na drugą w poszukiwaniu lepszej pogody.

Rumuńskie góry dały nam mocno w kość, ale wyjazd okazał się w sumie bardziej niż satysfakcjonujący. Przekonaliśmy się też, że potencjał do eksploracji gór w tym kraju jest wręcz nieskończony.


Tekst: Tomek Dębiec

 

Zdjęcia:

Bartek Woliński / www.wolisphoto.com

Marcin Bukowski / www.marcinbukowski.com.pl



Data dodania: 24.09.2014